gazeta.jp Polonia Japonica

Polonijny portal internetowy funkcjonujący w polsko-japońskiej przestrzeni międzykulturowej, prowadzony przez grupę Polek mieszkających, pracujących i działających w Japonii.

 

Galeria

A+ A A-

Dziadek z Hiroshimy Wyróżniony

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Część pierwsza

Prawdziwa przyjaźń nigdy nie przemija

Parę miesięcy temu poproszono mnie o pomoc w odnalezieniu polskiej rodziny, która kiedyś mieszkała w Łodzi. W dobie internetu i bezpłatnych telefonów, a także dzięki uprzejmości mojego kolegi z Łodzi, dość szybko natknęłam się na trop tej rodziny. Pokrótce przedstawiona mi historyjka byłaby zaledwie banalnym i nic nie znaczącym epizodem w życiu paru osób, gdyby nie to, że...

Pozwólcie, że przybliżę kulisy tej wielkiej historii o przyjaźni i miłości, która pomimo tysięcy kilometrów dzielących Japonię i Polskę oraz pomimo upływu wielu, wielu lat, ponownie ożyła. Ku mojej radości, mogę być czynnym jej świadkiem i przyczyniać się do szczęścia jej bohaterów.

 

Było wczesne lato roku 1967. Młody inżynier z Mitsubishi Rayon, Pan Seigo wraz z kilkoma kolegami został oddelegowany do Polski, by pomagać w instalowaniu maszyn włókienniczych w Tomaszowie Mazowieckim koło Łodzi. Zamieszkał na Piotrkowskiej w Hotelu Grand, skąd co dzień w maju i w czerwcu dojeżdżał mikrobusem do biura. W Japonii zostawił żonę i dwójkę małych dzieci, ale że delegacja była tylko dwumiesięczna, więc musiał jakoś poradzić sobie sam.

Pierwszego dnia po przyjeździe do Łodzi – a był to niedzielny poranek – postanowił poznać miasto. Wziął aparat fotograficzny i ruszył w stronę pobliskiego parku, gdzie bawiły się dzieci. Nagle, jak pisze we wspomnieniach, otoczyła go spora grupka kobiet w orientalnych strojach i wyciągając karty do gry, coś mu natrętnie wykrzykiwała. Początkowo myślał, że może chcą mu pokazać jakieś sztuczki z tymi kartami, ale one zaczęły wołać coraz głośniej i natarczywiej, aż na ich twarzach pojawiła się złość. Przeraził się nie na żarty. Na szczęście, z parku wybiegł jakiś młody mężczyzna, huknął na nie z całych sił, a te rozbiegły się w popłochu. Na ich twarzach rysowała się nienawiść. Mężczyzna wyjaśnił mu, że to Cyganki, które chciały wyłudzić od niego pieniądze za wróżenie z kart. Wtedy to po raz pierwszy usłyszał słowo „pieniądze”.

Tak oto już pierwszego dnia zaczęła się przyjaźń Pana Seigo z polską rodziną. Ów młody człowiek bowiem, który wybiegł na pomoc, okazał się być ojcem dwojga słodkich blondasów z parku, idealnych do sfotografowania. Za ich przyzwoleniem im zrobił więc zdjęcie. Usiedli wszyscy na ławce w parku i tak rozpoczęła się pierwsza lekcja polskiego.

Wróciwszy do hotelu, Pan Seigo nie mógł zapomnieć owego młodego człowieka z parku i jego pociech. Następnego dnia po pracy postanowił ich odwiedzić. Wyciągnął z walizki jakiś japoński drobiazg i z adresem na kartce, którą dostał od Polaka, ruszył do trzypiętrowej kamiennicy stojącej przy ulicy Piotrkowskiej. Drzwi otworzył mu ów młody dżentelmen w otoczeniu dwójki zaciekawionych blondasów. W kącie przedpokoju stała piękna kobieta, aż nazbyt onieśmielona wizytą Japończyka w ich domu. W tamtych czasach spotkania z ludźmi ze Wschodu należały do rzadkości. Pan Seigo miał zamiar tylko przekazać prezent i zmykać, bo jak tu rozmawiać, gdy żadna ze stron nie zna obcego języka..., aż tu nagle słyszy, czy nie mógłby przyjść do nich na kolację następnego wieczora. Żaden język nie był potrzebny, by wyrazić głębię uczuć serdeczności, wdzięczności i rodzącej się sympatii po obu stronach.

I tak zrodziła się wielka przyjaźń Pana Seigo z polską rodziną. Był maj roku 1967. Poza wieczorami, które musiał spędzać z kolegami w biurze nad projektami, w każdy inny wieczór po pracy aż do dziewiątej bywał na kolacji u Pani Marii i Pana Ryszarda, delektując się przepysznymi potrawami pani domu. Patrząc na przepastne tomiska na półkach ze specjalistyczną literaturą, myślał początkowo, że Pan Ryszard jest inżynierem. Okazało się później, że był wysokim urzędnikiem wojskowym. Takie były czasy, więc znał tylko rosyjski i niemiecki, zatem ich rozmowy toczyły się zawsze z udziałem słownika polsko-angielskiego, którego Pan Ryszard używał z lekkim zawstydzeniem. Pani Maria pracowała w ośrodku zdrowia i nie mówiła dobrze w żadnym obcym języku, więc siłą rzeczy Pan Seigo szybko chłonął polski!

Wszyscy troje byli mniej więcej w tym samym wieku, a ich dzieci w podobnym: Boguś chodził do drugiej klasy podstawówki, a Asia do przedszkola. Zanim Pan Seigo przyzwyczaił się do polskiej mowy, o swojej rodzinie, pracy i o Japonii opowiadał im rysując obrazki. Szybko uczył się polskiego, bo chciał porozumiewać się jak najczęściej z całą rodziną, a to był jedyny warunek. Pani Maria chętnie dawała mu lekcje polskiego, zaś sama nauczyła się znaków japońskich na tyle, że później adresowała do niego koperty po japońsku. Z kolei Pan Seigo poznał tak dobrze polski, że mógł się porozumiewać z Panią Marią nawet przez telefon. Spędzał całe wieczory i wolne dni z polską rodziną, czuł się wśród nich jak kolejny jej członek. Razem we trójkę chodzili do teatru i do kina na japońskie filmy.

Pan Seigo odwiedził jeszcze Polskę na delegacjach w listopadzie i grudniu tego samego roku 1967, a potem w maju i czerwcu roku 1969. Wymienili w międzyczasie dziesiątki listów i kartek z życzeniami. Pan Seigo starał się używać polskich słów i malował obrazki, by być lepiej zrozumianym. Listy te były tym cenniejsze, że pisane a potem odczytywane ze słownikami, ale też trud się opłacał, bo przyjaźń między Panem Seigo i rodziną Pani Marii i Pana Ryszarda rozwijała się do czasu, gdy w roku 1974 dwa jego listy wróciły z Polski z adnotacją „Adresat nieznany”. Wszystko się urwało...

Pan Seigo zaniechał pisania dalszych listów, tylko prezenty otrzymywane kiedyś od łódzkiej rodziny przypominały mu od czasu do czasu, że bywał dawniej w Polsce: haftowany obrus, malowane drewniane pudełko... 

Minęło prawie 50 lat od ostatniej wizyty w Polsce. Rok czy dwa lata temu Pan Seigo postanowił uporządkować swoje życie. Zaczął spisywać wspomnienia z dzieciństwa, kiedy padł ofiarą wybuchu atomowego nad Hiroshimą, wspomnienia z młodości, kiedy pracował w Polsce. Wtedy też wpadł na pomysł, by odszukać swoją polską rodzinę. Przypadek zrządził, że trafił na mnie, Marię (z drugiego imienia), która stała się w pewnym sensie przedłużeniem tej Marii sprzed 50 lat.   

Udało mi się odnaleźć jego polską rodzinę, wymieniliśmy upewniające się co do tożsamości listy z Bogusiem. Pan Seigo po tylu latach napisał znowu list do Pani Marii. Odpisała mu natychmiast. Niesamowite jest, jak się czasy pozmieniały! To nie czekanie tygodniami na listy odręcznie pisane, a kwestia paru przycisków na klawiaturze komputera, by przyjaźń sprzed prawie półwiecza ponownie ożyła.

Pan Seigo ma dziś 86 lat, Pani Maria zapewne podobnie. Pan Ryszard odszedł na zawsze w latach 80-tych. Dzieci obu rodzin poszły w świat. Boguś jest profesorem na łódzkiej uczelni i to dzięki niemu odnalazłam trop polskiej rodziny. Marzeniem Pana Seigo – już chyba nie do spełnienia – jest polecieć do Polski i raz jeszcze uściskać Panią Marię. Zdaje sobie sprawę, że pomimo bezpośrednich lotów pomiędzy Polską a Japonią, już nie da rady fizycznie. Pozostają więc listy. Przyznaje mi, że na bieżąco śledzi wszystkie wiadomości i filmy w telewizji i na ekranie kinowym, czyta każdą książkę, która opowiada o Polsce. Kiedy go spotykam lub kiedy rozmawiamy przez telefon, co i raz wrzuca jakieś polskie słowo. Każda nasza rozmowa zaczyna się od pozdrowienia „Dzień dobry, pani”, a kończy „Do widzenia”. 

img895 800x581

Po usłyszeniu tej historii poczułam się w obowiązku, jako Polka mieszkająca w Japonii, zająć miejsce pośrednika-tłumacza. Winna jestem to Panu Seigo a i Pani Marii także, bo z pewnością i w Polsce zastanawiano się, co mogło się stać z Seigo. Istnieją w naszym życiu miłości i przyjaźnie, które nie znają słowa „czas”. Mam tu taki właśnie przykład. Korespondencja między staruszkami kwitnie, wymieniają ze sobą zdjęcia, listy emailowe i – jak za dawnych czasów – odręcznie pisane. Ja zaś pozostaję ich wiernym fanem.

To nie koniec historii Pana Seigo. W następnym odcinku cofniemy się do jego dzieciństwa.

 

Część druga

Byłem dwa kilometry od epicentrum wybuchu

Brakowało mu wtedy słów, by opowiedzieć o swoim tragicznym dzieciństwie, dlatego nikt z nich w Polsce prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, przez co przeszedł Pan Seigo, młody, japoński mężczyzna.

Ukazuje się coraz więcej wspomnień z przeżyć i doświadczeń wybuchu atomowego nad Hiroshimą i Nagasaki, coraz więcej jest ich przekładów. Po tylu latach od owej tragedii, jej świadkowie zdobywają się na odwagę, by przed śmiercią opowiedzieć, co widzieli. Wiele znanych wspomnień krąży po Japonii i po świecie w przekładach, ale jest to w istocie niewielki odsetek historii hibakusha czyli ofiar wybuchu atomowego, które się otworzyły. Ogromna większość nadal milczy. Wracanie do tamtych dni jest jak otwieranie niezagojonych jeszcze ran na nowo. Tak też było z Panem Seigo. Przez 70 lat milczał o swoich doświadczeniach. Mając ponad osiemdziesiąt lat, postanowił jednak przerwać to milczenie i poczynając od własnych dzieci i wnuków, zaczął opowiadać. Nie jest może zbyt dobrym narratorem, więc swoją historię namalował na ponad dwudziestu planszach, stwarzając tym samym kamishibai czyli „papierowy teatr”. Jest to tradycyjna japońska forma opowiadania historii za pomocą ruchomych plansz, bardzo rozpowszechniona nie tylko wśród dzieci. Nie wymaga specjalnych projektorów, jest łatwa w obsłudze i transporcie. Zatytułował ją Przeżycia atomowe trzynastoletniego chłopca. Od dwu lat Pan Seigo spotyka się z młodzieżą i za pośrednictwem kamishibai opowiada o tym, jak uratował się spod gruzów akademika stojącego dwa kilometry od epicentrum wybuchu.

img882 800x541

 Przypuszczam, że jego wspomnienia nigdy nie ujrzą światła dziennego w obcych językach, w tym też w polskim, ale chociaż może uda mi się tu krótko przybliżyć tę historię w imieniu Pana Seigo, który tak bardzo pragnął, by hiroshimską tragedię usłyszała jego polska rodzina.

Mam przed sobą jego rysunki i krótkie ich objaśnienia. Niewiele czasem słów potrzeba, by odtworzyć tę tragedię. Korzystając z przyzwolenia Pana Seigo, pozwolę tu sobie pokrótce opowiedzieć (przetłumaczyć w miarę dosłownie) o jego przeżyciach, prezentując część jego malunków.

img894 1024x744

W kwietniu 1945 roku, Seigo przeszedł do pierwszej klasy zawodowej szkoły średniej. Był najmłodszym spośród trzech braci, niskiego wzrostu, drobnej postury. Szóstego sierpnia, ze względu na brak przydziału nowego mundurka szkolnego, nosił nadal zimowy strój przypominający bardziej mundur wojskowy niż szkolny: zielone spodnie do kolan, zielone onuce poniżej, przez ramiona na krzyż miał przewieszoną torbę i kaptur ochrony przeciwlotniczej. Na wygolonej główce spoczywała furażerka z daszkiem. Jako trzynastolatek zaliczał się do grupy uczniów, którzy nie byli ewakuowani poza Hiroshimę, lecz w ramach zajęć szkolnych musieli burzyć lub rozbierać budynki mieszkalne w całym mieście, żeby zapobiec rozszerzaniu się pożarów. Z jego rocznika było takich uczniów około 190.

img883 1024x692

Tego dnia Seigo źle się czuł i nie został wysłany do rozbiórki, lecz pozostał na terenie szkoły w południowej części miasta. Po ósmej rano przechodził właśnie koło bramy szkolnej, kiedy usłyszał odgłos nadlatującego bombowca amerykańskiego B29. Ale go nie widział! „Czemu tak? Przecież odwołano alarm przeciwlotniczy!” i spojrzał w niebo. Między drzewami a szkołą dojrzał biały spadochron i skojarzył go z kolejną akcją propagandową zrzucającą ulotki. Uszedł zaledwie parę kroków i w tym momencie przeszyła go na wskroś niesamowicie silna fala gorącego powietrza. Równocześnie wszystko wokoło rozbłysło ni to na niebiesko, ni na żółto. Błysk oślepił go na tyle, że przed chwilą widziana trójwymiarowo szkoła stała się płaska. I cały świat zawirował mu przed oczyma. Żar bijący z powietrza był nie do wytrzymania, że aż cały się skulił i jęcząc z bólu „Gorąco! Gorąco!” przestępował z nogi na nogę. O dziwo, nigdy nie usłyszał wybuchu! Fala gorąca trwała zaledwie parę sekund, ale jemu wydawała się wiecznością. Równocześnie jak zanikała fala, uderzył go niesamowity podmuch wiatru, przesunął go o jakieś 20-30 metrów, po czym rzucił nim o ziemię. Miał wrażenie, że unosi się parę centymetrów ponad powierzchnią. Starał się powrócić do pozycji pionowej, ale nie był w stanie. Wszystko, co go otaczało, drzewa, gałęzie, deski, dachówki, ramy okienne,  wszystko to wirowało razem z nim.

img884 800x541

Przewrócony na brzuch przez poryw wiatru, kątem oka dostrzegł jak drewniany dwupiętrowy budynek tuż przed jego oczami wali się z trzaskiem w jego stronę. Zdążył pomyśleć, „To już koniec ze mną!” i zemdlał. Kiedy odzyskał świadomość, może po 30 minutach, otaczały go ciemności i wokół panowała kompletna cisza. Nasłuchiwał ludzkich głosów. Nadaremno. Poczuł dziwny odór pleśni. Uszczypnął się w policzek aż do bólu, żeby sprawdzić, czy naprawdę żyje. Uświadomił sobie, że od pasa w dół nie może się poruszyć. Nie rozumiał, co się stało i dlaczego się tam znalazł. Widać przywaliła go bomba, która spadła w pobliżu szkoły. No, ale najważniejsze, że żyje. Zaczął więc na głos recytować tabliczkę mnożenia. Poruszając górną część ciała, odnalazł w pobliżu siebie torbę i kaptur przeciwlotniczy. Czapka widać sfrunęła mu z głowy podczas wybuchu, bo miał odkrytą głowę. Żadna siła nie mogła poruszyć jego dolnej części ciała. Nagle usłyszał zbliżające się nawoływania mężczyzny, by się odezwać. Z całych więc sił zaczął krzyczeć: „Pomocy! Pomocy!” Po chwili ten głos się oddalił. Przez moment ogarnęła go desperacja, ale się nie poddawał. Za trzecim razem wreszcie ktoś go usłyszał. Paru mężczyzn usiłowało zrobić otwór młotami i kilofami w budynku, który się na niego zawalił. Dojrzał światełko w górze jak „światełko od Boga” lub jak „światło życia”. Akcja ratownicza trwała może 30 minut i przez dziurę wnikało coraz więcej promieni, aż raziły go w oczy odwykłe od takiego blasku. Jeden z mężczyzn wyciągnął go prawie całego na powierzchnię. „Dalej radź sobie sam!” i odszedł na poszukiwanie innych uczniów pod zgliszczami szkoły.

img885 1024x692

Seigo wygrzebał się całkiem z otworu i dopiero teraz zobaczył, co się właściwie wydarzyło. Jak okiem sięgnać, budynki szkolne były powalone a zewsząd dochodziły jęki i błagania o pomoc. Na pytanie, gdzie spadła bomba, nikt nie chciał udzielić mu odpowiedzi. „Widać zajęci są ratowaniem rannych”, tłumaczył sobie pośpiech i bieganinę oddziału ratunkowego. Wówczas po raz pierwszy zauważył, że jest ranny w lewą nogę i ma poparzoną lewą część twarzy. Na szczęście nie został poparzony na ciele dzięki grubemu zimowemu mundurowi.

img886 800x541

Wygrzebawszy się na powierzchnię, dojrzał prawdziwe piekło na ziemi. Poczuł pragnienie i chciał napić się wody ze szkolnego kranu, ale woda nie leciała, więc ruszył w stronę rzeki, która przepływała koło bramy. Zobaczył wtedy dziewczynkę w stroju kąpielowym leżącą na poboczu drogi. Jęczała: „Zabijcie mnie, proszę, zabijcie mnie”. Jej głowa była cała we krwi. „Gdyby była lżej ranna, pewnie by wołała o pomoc, ale widać, że musiała straszliwie cierpieć skoro błagała już tylko o śmierć”, pomyślał.

img887 1024x692

Drogą szli ludzi powłócząc nogami, nikt nie miał siły iść, ani tym bardziej pomagać ciężej rannym. Na wale przy rzece ujrzał grupkę dziewcząt stojących w kregu. Wiły się z bólu od poparzeń. Przypasane sznurkami do ciała resztki ubrań pomieszane z płatami skóry zwisały z całego ciała. Wyglądały jakby płoneły, tak były krwiście czerwone. Wykrzykiwały na przemian „ Pić!” „Mamuś!” „Panie Nauczycielu!” (Sensei) „Daj mi wody...” Po chwili przyłączyły się do nich kolejne uczennice, równie poparzone jak te z kręgu, i rozległ się jednostajny, przerażający płacz, lament, jęki nie do zniesienia. A obok nich przesuwał się dalej tłum uciekinierów, jakby ich nie dostrzegał, nie reagował. 

img888 800x541

Gdy tak stał oniemiały i wpatrywał się w przechodzący tłum, podeszli do niego dwaj uczniowie o jeden czy dwa lata starsi. Pełnili od poprzedniego dnia nocną wartę w szkole. Chwycili go pod boki i dołączyli do uciekającego wzdłuż rzeki na południe tłumu. Widział przeprawiających się przez rzekę ludzi, gdy następował odpływ morza i rzeka stawała się płytsza. Śmiertelnie ranni i poparzeni, trupy, wszyscy razem unosili się w silnych nurtach. Każdy chciał wejść do tej wody, nie wiedząc, że ona niesie śmierć. Już nikt nie zważał na nikogo, nikogo nie ratował, każdy myślał tylko jak stamtąd uciec.

Wczesnym rankiem niebo było przejrzysto niebieskie, tymczasem po wybuchu naszły  od zachodu ciemne i opasłe chmury i zaczął padać... czarny deszcz. Ten też niósł z sobą śmierć. Idąc na południe dotarli wreszcie do mostu Miyuki, gdzie zainstalowano pierwszy punkt opatrunkowy dla uciekający z centrum. Gromadzili się tam wszyscy uciekinierzy, którym udało się wydrzec z pożaru, poszukujący swych bliskich, ciężko i lekko poparzeni, poranieni.

img889 1024x692

Tu, na moście koledzy zostawili Seigo tak nagle, że nawet nie zdążył im podziękować. Poczuł się kompletnie opuszczony i przerażony swą sytuacją. Zapytał spotkanego przypadkowo dziadka, jak się dostać na północ miasta do dzielnicy Hakushima, gdzie był jego dom, a ten na to, że cała Hiroshima płonie, że wygląda jak morze ognia. Nagle spostrzegł nierannego człowieka w mundurze, który z pasją fotografował rannych.  Przez głowę przeszła mu myśl, że to szpieg, bo na jego uniformie wojskowym nie widać było żadnych odznaczeń. Później się dowiedział, że był to ów słynny dziennikarz fotograf, Matsushige Yoshito, który jako pierwszy zrobił zdjęcia płonącej Hiroshimy. Jest takie znane zdjęcie punktu opatrunkowego na moście Miyuki, wykonane parę godzin po wybuchu. Jeśli się dobrze przyjrzec, można zauważyć w oddali sylwetkę Seigo.

img890 800x541

Kiedy tak stał i przypatrywał się rannym, stanął przed nim chłopak, straszniej wyglądający niż diabeł i przedstawiając się, że jest z takiej a takiej szkoły, zażądał od niego pomocy, „Przynieś mi wody!” Seigo odbiegł w popłochu, aby wypełnić rozkaz a tu słyszy, że podawanie wody poparzonym to pewna śmierć, że nie wolno! Zrozpaczony, co robić, czy zabić kolegę podając mu wodę, czy podporządkować się układowi hierarchicznemu, nie podać wody i zostać zmusztrowanym. Stchórzył i oddalił się od rannego.  

img891 x1024x744

Na moście Miyuki chorzy ustawiali w kolejce do dwu punków opatrunkowych. Seigo stanął tam, gdzie opatrywano poparzenia. Żołnierz zanurzał koniec miotły owiniętej w białą tkaninę w kuble z olejem jadalnym i smarował rannego lub ten sam sobie nakładał szmatę na rany. Tu po raz pierwszy wreszcie opatrzono ranną twarz Seigo.

img892 800x581x

Kierując się dalej na południe od mostu Miyuki, o własnych siłach dotarł do pierwszego obozu dla ewakuowanych w szkole średniej Koryo. W nocy widział palące się miasto, leżał samotnie na macie i rozmyślał o rodzinie. Kolejne dni przyniosły pogorszenie jego stanu zdrowia, nogi i biodra bolały tak bardzo, że nie dawał rady iść o własnych siłach podczas kolejnych ewakuacji. Czasem niesiono go na noszach, czasem przewożono łódką. Kiedyś wpadł mu w rękę kawałek szkła, w którym zdołał się przejrzeć. Wyglądał jak upiór. Po paru dniach wylądował w kolejnym obozie dla ewakuowanych, położonym około 10 km do epicentrum wybuchu. Cały koszmar piekła Hiroshimy wydawał się być tylko złym snem. Plusk fal, cisza, słony zapach morza, spokoj, tylko ludzie ciągle umierali albo odchodzili od zmysłów na zawsze. Kiedyś podsłuchał rozmowę pielęgniarzy, jak rozprawiali, że brakuje już trumien do chowania zmarłych. Na to inny odpowiedział, że zrobi się w górach stos z ciał, podleje benzyną i zapali. Seigo ogarnęła panika i strach przed taką bezimienną śmiercią. Cokolwiek zjadł, zaraz musiał lecieć do toalety. 

img893 1024x744x

Kiedyś leżąc na macie, usłyszał koło twarzy odgłos podobny do plusku. Z policzków na ziemię skapywały mu robaki. Rany wypełniły się takimi larwami, jakie zagnieżdżają się w niezagojonych miejscach. Coraz mniej spał a jedynie wpatrywal się w sufit i rozmyślał o rodzinie, przyjaciołach.

Po tygodniu pobytu w obozie zdecydował się odwiedzić krewnych. Dzień był pogodny i gorący. Dostał przepustkę, zmieniono mu bandaże na twarzy i na ręce, wsunięto doń laskę i samotnie wyruszył pociągiem z okolic Kure, koło Hiroshimy do Onomichi. Po drodze, kiedy zagadnął znajomą ciotkę, ta go najpierw nie poznała, tak bardzo miał zmienioną buzię. Potem zapewniła go, że cała jego rodzina żyje! Jedno wielkie zmartwienie spadło mu z serca. Na dworcu w Itozaki usłyszał, że Japonia skapitulowała, czego jeszcze wtedy nie za bardzo rozumiał. Po paru godzinach jazdy pociągiem bandaże na twarzy przesiąkły i znowu zaczęły z ran wychodzić robale. Ludzie siedzący obok odsuwali się od niego z obrzydzeniem. Kiedy wreszcie po 12 godzinach podróży dotarł do wyspy Ikuchi na Morzu Wewnętrznym Seto, zapukał do domu pełnego krewnych. Na wieść, że to Seigo przyjechał, zakrzyknięto, „Duch Seigo przyjechał!” Początkowo bowiem uznano go za ducha. Właśnie zgromadzila się cała rodzina, by ustalić szczegóły jego pogrzebu, bo z wiadomości, które uzyskał najstarszy brat dowiedzieli się, że wszyscy uczniowie z pierwszej klasy w szkole Seigo zginęli na miejscu w dniu wybuchu, więc uznano i jego za zaginionego i postanowiono wyprawić mu pogrzeb.

Od następnego dnia dzięki czułej opiece ciotki dobrzał, aż w końcu po czterech miesiącach wrócił do szkoły. Okazało się, że ci wszyscy uczniowie, którzy byli na pracach rozbiórkowych w mieście, zginęli podczas wybuchu. Po dwu latach od zakończenia wojny wystawiono im pomnik w miejscu, w którym umarli. Seigo przeżył, bo akurat tego dnia źle się czuł i został w szkole. Zwykły zbieg okoliczności uratował mu życie.

 xxxxxxx

Pan Seigo przeżył piekło na ziemi. Nie chciał o nim opowiadać. Nie dziwię się, ale jest w nas taka druga natura, że nawet jeśli chowamy w sercu jakąś straszną tragedię, z którą nie umiemy się podzielić, to jednak zawsze nadchodzi czas, kiedy wybuchamy.

Dzięki opowiadaniu Pana Seigo, poznałam losy jeszcze jednego hibakusha, który szczęśliwie dożywa pięknych lat. Tacy jak on są nam nadal potrzebni, by opowiadać, ostrzegać, bronić nas przed szaleńcami, dla których użycie bomby jądrowej jest jak gra komputerowa, którzy nie mają zielonego pojęcia, co taka „zabawka” może uczynić złego każdemu z nas. W Hiroshimie ostrzega się od lat, że ofiary bomb nuklearnych umierają i niedługo nie będzie miał kto przypominać nam o tragedii. Co prawda rosną nowe pokolenia wyszkolonych „opowiadaczy”, ale nikt kto tego nie przeżył, nie jest sobie w stanie wyobrazić do końca tego, przez co przeszli hibakusha.

 

Urszula Styczek, japonistka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Hiroshima University, gdzie uzyskała stopień doktora nauk humanistycznych. Od wielu lat mieszka w Hiroshimie. Pracuje jako wykładowca języka angielskiego na Prefectural University of Hiroshima, Hiroshima University, Hiroshima Shudo University i Hiroshima City University. Zajmuje się literaturą dotyczącą wybuchu atomowego nad Hiroshimą (twórczość Hara Tamiki). Obecnie prowadzi badania na temat tłumaczeń tejże literatury na języki obce. 

Zaloguj się, by skomentować
© 2013 www.polonia-jp.jp

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się